„Walczcie o swoich bliskich. Nie pozwólcie światu o nich zapomnieć”

„Walczcie o swoich bliskich. Nie pozwólcie światu o nich zapomnieć”

Historia żony jeńca wojennego Artema Hondiula, Anastasii.

Opowiedz, proszę, trochę o sobie. Kim jesteś, gdzie teraz mieszkasz, kim są członkowie twojej rodziny?

Anastasiia Hondiul – współzałożycielka organizacji „Wspólnota Ołeniwki”, żona dwukrotnie rannego jeńca wojennego Artema Hondiula. Mieszkam w mieście Krzywy Róg.

Kim jest dla ciebie twój mąż?

Mój mąż jest dla mnie sensem życia. Jest moim domem. A ja, najbardziej na świecie, chcę do domu. I nie chodzi mi tu o miejsce zamieszkania.

Jaki był Artem przed wojną? Co lubił, czym żył, o czym marzył?

Zawsze można było na nim polegać, wiarygodny, słowny, uczciwy i solidny, sprawiedliwy.

Najcudowniejszy tata na świecie. Przykład i wzór dla swojego, teraz już 12-letniego, synka, który, swoją drogą, bardzo tęskni i powoli zapomina już głos taty. Prawdziwy patriota swojej ojczyzny. Z zawodu był strażakiem. Przeszedł służbę w Ministerstwie Sytuacji Nadzwyczajnych, ochraniając statki na rejsach międzynarodowych w niebezpiecznych regionach – Zatoce Gwinejskiej i Zatoce Omańskiej. Organizował wycieczki górskie na najwyższe szczyty Ukrainy, był organizatorem „szkoły przetrwania” dla dzieci i nastolatków. Bardzo lubi wędrówki.

W jaki sposób twój mąż znalazł się na wojnie?

Mój mąż jest wojskowym, mieszkaliśmy w Mariupolu, gdzie służył jeszcze zanim wybuchła wojna.

Czy pamiętasz waszą ostatnią rozmowę przed tym, jak pojechał na front? Co wtedy najbardziej zapadło ci w pamięć?

Pamiętam wszystko do najdrobniejszych szczegółów, wszystko, co działo się dzień przed wojną, czyli 23.02.2022. Mojego męża wypuścili do domu, żeby mógł umyć się i zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Leżał, starał się trochę pospać, a ja wpatrywałam się w każdą ryskę na jego twarzy i ciele, i starałam się zapamiętać tę chwilę. Leżałam obok i po prostu patrzyłam na niego, i płakałam cichutko, jak myszka, żeby nie naruszyć jego snu. Potem namawiał mnie, żebym wyjechała Ja go uspokajałam i odpowiadałam, że niczego się nie boję, że jestem odważna, że nie chcę nigdzie jechać bez niego. A on nalegał. I ja obiecałam, że wyjadę z miasta. O 21:00 musiał wrócić na bazę… odprowadziłam go do drzwi i bałam się pożegnać. Teraz to sobie przypominam i płaczę, bo bałam się wtedy pocałować go i pożegnać. Myślałam, że jeśli po prostu go odprowadzę, bez słów, pocałunków na pożegnanie, to on na pewno do mnie wróci. Odprowadziłam spojrzeniem obok drzwi, powstrzymując łzy… i poszłam do łóżka płakać. To w tamtym momencie zaczęły się moje bezsenne noce.

Jak się dowiedziałaś, że twój mąż znalazł się w niewoli? Co to był za dzień, jakie były pierwsze słowa czy wiadomość?

Po tym, jak mój mąż pierwszy raz został ranny w walkach o Mariupol, mieliśmy kontakt.

Mówił mi, że niewoli nie będzie. A kiedy kontakt się urwał, to było pod koniec kwietnia 2022 roku, to raz na tydzień dostawałam zdjęcie zapisanej kartki od Artema, że z nim wszystko dobrze. Ostatnią taką notatkę otrzymałam właśnie 16 maja 2022 roku. To był pierwszy dzień „ewakuacji” do niewoli. To właśnie tego dnia, razem z innymi rannymi, mój mąż wyszedł z Azowstali. Tego, że to niewola, domyśliłam się już sama, gdzieś po kilku dniach. A 16 maja zadzwonili do mnie z jednostki wojskowej i powiedzieli, że mojego męża ewakuowano. Ja w histerii i euforii zaczęłam biegać po mieszkaniu i zbierać jego rzeczy, bo myślałam, że to faktycznie ewakuacja i odwieźli go gdzieś do szpitala. Wołodymyr Zełenski w wiadomościach też nazwał to „ewakuacją” dla uratowania życia. I tak już 44 miesiące ewakuowani czekają na ratunek i wymianę.

Co ci wiadomo o tym, jak on przeżył wydarzenia związane z wybuchem w Ołeniwce?

Artem był w tym baraku podczas wybuchu. W tamtą noc nie spałam, bo nie mogłam zasnąć. Ja to odczuwałam na poziomie komórek organizmu. Było poczucie niepokoju i ataki paniki, płakałam i starałam się uspokoić, nie rozumiejąc, co się ze mną dzieje. Rano dowiedziałam się, że był wybuch. Nie wiedziałam, czy on tam był, czy nie, ale zaczęło się u mnie załamanie nerwowe. Panikowałam, nie mogłam się zebrać do kupy, dopóki nie dostałam tej listy. Wyczuwałam, że jemu coś się stało. No, i kiedy zobaczyłam, że jest na liście wśród rannych, to na kilka dni wypadłam z życia. Dwa dni przeleżałam w łóżku.

Rodzina próbowała przywrócić mnie do porządku. Nie mogłam ani jeść, ani z nikim rozmawiać, ani patrzeć na nikogo. Chciałam zasnąć i więcej się nie obudzić z bezsilności, że nie mogę niczego zmienić.

Jaką informację co do Artema miałaś w pierwszych tygodniach niewoli? Kto ją przekazywał: towarzysze broni, państwo, organizacje międzynarodowe, wolontariusze?

On do mnie zadzwonił z kolonii w Ołeniwce 18 czerwca 2022 roku. Powiedział, że obiecali im, że wrócą do domu w ramach wymiany za 3-4 miesiące. Mówił, że kiedy będzie sezon na winogrona, sierpień-wrzesień, powinien już być w domu. Miesiąc później ich wysadzili w niewoli, w tym baraku. A jesienią wymienili wszystkich oficerów. Czyli ustalenia zadziałały, ale nie dla wszystkich. Wszystkiego, co dotyczyło niewoli i wybuchu w Ołeniwce, szukałam sama, bez niczyjej pomocy. Artem był oznaczony na rosyjskich listach jako ciężko ranny w nocy na 29 lipca 2022 roku, pod numerem 25. Na początku sierpnia 2022 roku pokazali Artema w rosyjskiej telewizji, w programie na żywo „rossija24” z donieckiego szpitala, w którym zwrócił się do mnie. Powiedział, że zdrowieje, że mnie kocha i przekazał pozdrowienia dla rodziny. Mówił, ze czeka na wymianę. Na filmie zostało z niego 40 kilogramów. Głowa mojego męża, a ciało nastolatka, taki chudziutki. Dopóki nie pojawił się ten wywiad, cały czas próbowałam uzyskać jakąkolwiek informację, ze wszystkich możliwych instytucji, ale w odpowiedzi otrzymywałam tylko słowa, że nikt nie ma żadnej informacji, i że te listy mogą nie być prawdziwe, że nie są oficjalne. Po tym, jak pojawił się wywiad z nim z donieckiego szpitala, sama wysłałam ten film do wszystkich odpowiednich instytucji. Do dzisiaj nie ma odpowiedniej komunikacji.

Czy twoja wiedza na temat jego stanu jakoś się zmieniła przez ten czas?

W lipcu 2024 roku pozwolili nam porozmawiać z mężem przez wideo. Po dwuletniej niewiedzy i ciszy, nareszcie zobaczyliśmy i usłyszeliśmy się nawzajem. Powiedział, że przyzwyczaił się do odłamka w plecach i że wszystkie rany się zagoiły, że wszystko z nim w porządku. Ale przecież ja wiem, że człowiek bez należnej opieki medycznej przez tyle czasu, z odłamkiem w plecach, uspokaja mnie, żebym się nie martwiła. Nasza rozmowa z nim była nagrywana, to było częścią „wywiadu” z nim, o czym ja nie wiedziałam. Teraz już jest 2026 rok i ja nie wiem ani gdzie on jest, ani w jakim jest stanie.

Jakie pytanie pozostają dla ciebie wciąż bez odpowiedzi? Co najbardziej boli w tej niewiedzy?

Dlaczego niewolę nazwano „ewakuacją” dla uratowania życia i kto odpowie za to, że ponad 50 uwięzionych, którym zagwarantowano życie i wymianę za 3-4 miesiące, powróciło zabitymi z tej „ewakuacji”? Dlaczego obiecane 3-4 miesiące zadziałały tylko dla oficerów, a nie dla ciężko rannych, kobiet i starszych więźniów, jak to powinno być zgodnie z Konwencją Genewską? Dlaczego w pierwszej kolejności nie wymieniono ciężko rannych, tych, którzy przetrwali tę straszną noc w Ołeniwce? Dlaczego rozkazu oddania się w niewolę nie widział nikt, oprócz dowódcy mariupolskiego garnizonu, Denysa Prokopenki? Dlaczego warunki negocjacji tak zwanej „ewakuacji” do niewoli oraz skład grupy negocjacyjnej nie były opublikowane w żadnych ukraińskich mediach i my jako rodziny wciąż nie wiemy ani jakie były ustalenia, ani jakie były gwarancje dane naszym bliskim po złożeniu broni? I kto poniesie odpowiedzialność za to, że nasi bliscy, zamiast obiecanych 3-4 miesięcy, są w niewoli już 3 lata i prawie 9 miesięcy, z ciężkimi ranami? Ile jeszcze muszą ciężko ranni żołnierze czekać na swoją kolej na wymianę?

Jak z czasem zmienił się twój stosunek do słowa „niewola”?

Bardzo ciężko i boleśnie jest o tym mówić, bo dobrze rozumiem i wiem, że niewola nie jest sposobem na uratowanie życia i Ołeniwka jest tego przykładem. No i niewiedza i strach o bliską osobę, on zabija też i ciebie, bo to już się z nami dzieje 45-ty miesiąc. To jest piekło na ziemi.

Od czego dla ciebie się zaczęła walka za męża? Jakie były pierwsze kroki: telefony, listy, apele?

Moja ścieżka zaczęła się od razu, jak tylko opuściłam Mariupol, razem z częścią mojej duszy i serca, bo na tamten moment tam pozostał mój mąż. Od pierwszych dni to były posty w mediach społecznościowych. Kiedy urwał się kontakt z miastem, rozpoczęłam poszukiwania męża, bo nie wiedziałam, co z nim. Potem pierwszy raz był ranny. Informację o tym dostałam z jednostki wojskowej. Potem ta „ewakuacja”, która przeciągnęła się na lata. Na pierwsze spotkanie z odpowiednimi strukturami pojechałam już 27 maja 2022 roku, żeby dostać oficjalną informację. Od tamtej chwili to jest codzienna praca. Z całych sił bijesz głową o ścianę, a rezultatów nie ma. W 2023 roku pojechałam na 130-tą sesję ONZ do Genewy, odwiedziłam siedzibę Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Swoją drogą, kilka miesięcy później otrzymałam oficjalne potwierdzenie statusu jeńca wojennego, do tego momentu mój mąż nie miał tego statusu.

Jakie kroki podejmujesz teraz, aby ruszyć sprawę z miejsca?

Apele, wywiady, rozgłos, listy, pikiety, nie tylko w naszym kraju, nawet robiliśmy razem z rodzinami bezterminowy strajk głodowy na Majdanie, o którym powiadomiliśmy władze z wyprzedzeniem. Robiliśmy tez protest z blokadą ulicy pod Radą Najwyższą Ukrainy.

Jak i kiedy dołączyłaś do Wspólnoty Ołeniwki? Jakie były początki?

Do Wspólnoty dołączyłam od pierwszych dni po jej utworzeniu, kiedy zebrała nas wszystkie Anna Lobowa, to był 2023 rok.

Co dokładnie daje ci ta Wspólnota: informacje, wsparcie, wspólne działania?

To jest praca. Wszystko to, co można zobaczyć w naszych social mediach, to jest właśnie praca założycielek Wspólnoty Ołeniwki. Jesteśmy pod telefonem 24/7 i nieustannie coś robimy. Masa listów, apeli. To już jest emocjonalna zależność od ludzi, którzy są ci bliscy duchem, z którymi los cię połączył w takich okolicznościach.

Jak wojna i niewola męża zmieniły twoje życie codzienne?

Nie pozwalam sobie żyć, odizolowałam się od ludzi. Czasami moja rodzina wyciąga mnie z tego stanu, ale emocjonalnie jest to dla mnie bardzo ciężkie. Po rozmowach z ludźmi z zewnątrz, potrzebuję kilku dni na odnowienie swojego stanu psychicznego. Zniszczyłam sama siebie przez ten czas. Cztery lata na antydepresantach. Teraz już ich nie przyjmuję gdzieś z pół roku. Wróciły problemy ze snem i stanem emocjonalnym, ale nie ma już ataków paniki. Dlatego mam bardzo ograniczony krąg ludzi, z którymi rozmawiam. No i rodzina, która mnie trzyma i nie daje mi się złamać.

Co pomaga ci się trzymać przez te wszystkie lata?

Kiedy jeszcze nie było wypalenia emocjonalnego, malowałam obrazy i pisałam wiersze, a więc sztuka pomagała mi przez jakiś czas. Poddać się nie można, bo ja jestem tym zapleczem, gdzie czekają, bo ja jestem głosem mojego męża, którego pozbawiono prawa głosu. Nie mam prawa się poddać.

Czy masz jakieś własne maleńkie rytuały pamięci i wsparcia, coś, co robisz specjalnie dla męża?

Tak, dedykuję mu wiersze. Przez trzy lata pisałam do niego listy w notatkach. Dwa razy dziennie: kiedy wstawałam i kiedy szłam spać. O wszystkim, co dzieje się dookoła i w moim życiu, o wszystkim, co czuję. Ale zrozumiałam, że to mnie niszczy jeszcze bardziej, dlatego, że codziennie doprowadzałam się tym do rozpaczy. Bo każde napisane słowo, to ból, przeżywane emocje. Przestałam to sobie robić.

Jakie słowa ze strony otoczenia ci pomagają, a jakie, wręcz przeciwnie, ranią najbardziej?

Mój stan emocjonalny jest niestabilny, więc cokolwiek może wywołać niechciane emocje, właśnie dlatego ograniczyłam rozmowy z nieznajomymi. Wyłącznie krąg swoich ludzi, którzy rozumieją nawet bez słów. Jestem bardzo wdzięczna za tych ludzi wokół mnie.

Jaka jest jedna rzecz, którą chciałabyś, żeby ludzie w Ukrainie zrozumieli na temat jeńców wojennych i ich rodzin?

Chcę, żeby ludzie zrozumieli, że wojna nie zakończy się szybko i że dotknie każdą rodzinę. Jeśli widzicie, że ktoś prosi o udostępnienie, że to temat niewoli albo zaginionych bez wieści, pomagajcie, wspierajcie i udostępniajcie. Podpisujcie petycje, bo dla rodzin to jest ważne. Nie wyłączajcie człowieczeństwa i nie włączajcie obojętności, myśląc, że to nie jest wasz problem. On może dzisiaj nie jest wasz. Od udostępnienia palce nie bolą. A za to od obojętności gnije dusza

Co powiedziałabyś innym rodzinom uwięzionych, które jeszcze się wahają, czy mówić publicznie o swoich historiach, czy pozostać cicho?

Milczenie i cisza zabija! To droga do zapomnienia! Tylko rozgłos, walka i działanie. Jeżeli wy nic nie zrobicie, to nikt nie zrobi. Walczcie o swoich bliskich. Nie pozwólcie światu o nich zapomnieć.

Autorka: Oleksandra Mazur, „Wspólnota Ołeniwki”

Tłumaczka: Iga Janik

Zdjęcia: archiwum Anastasii Hondiul